sobota, 23 kwietnia 2016

Z losem nie można wygrać

Nigdy nie wyobrażałem sobie, jak bym się zachowywał, i jak by wyglądał taki dzień, jak dziś. W ogóle nie spodziewałem się, że w rzeczywistości ten dzień nadejdzie. I to tak szybko.
            Dzień pogrzebu Emmy…
            To zastanawiające, jak mogę być aż tak spokojny. Przynajmniej do tej pory byłem, idąc z całym żałobnym konduktem, który tworzy spora gromada ludzi. Większość z nich pewnie nawet nie znała zmarłej, ale idą. Nie płaczą, nie wiedzą za bardzo nad czym, bo oni tylko obserwują nas – garstkę najbliższych osób, które o wiele bardziej woleliby przeżywać wszystko w samotności.
            Docieramy na cmentarz. Wszyscy gromadzą się jak najbliżej świeżo wykopanego dołu, który przeraża mnie najbardziej – taki ciemny, zimny, wilgotny i… prawie bez dna. To on ma być teraz domem dla Emmy?
            Boże, dlaczego oni wszyscy chcą być tak blisko? Ja i moi rodzice zostajemy z tyłu. Nie mogę tam być. Z rodziną Emmy. Ja tam nie pasuję, tak jak i mój żal. Kątem oka dostrzegam kumpli z drużyny, którzy też tutaj są. Przypadkowo napotykam wzrok Wellingera, który ma taką minę, jakby widział mnie po raz pierwszy w życiu.
            Po wszelkich obrzędach następuje najgorszy moment, którego świadkiem nie chciałbym być, dlatego tym bardziej mam ochotę wrzeszczeć na tych durnych ludzi, aby sobie poszli. Oni nie muszą tu być, ale chcą. Z premedytacją, i pewnego rodzaju podnieceniem, oczekują na ten moment, gdy trumna opadnie na dno czarnego dołu. Cały się gotuję, gdy widzę te wszystkie współczujące spojrzenia skierowane na rodzinę Emmy.
            Potem… Wszyscy odchodzą… Zostają tylko ci, którzy są tutaj, aby do samego końcu towarzyszyć Emmie w jej ostatniej drodze. To właśnie oni muszą słuchać tego przejmującego dźwięku powodowanego przez każdą opadającą na trumnę łopatę ziemi. Czy tylko ja mam wrażenie, że każdo jedno uderzenie spada również na mnie? Nie potrafię sobie wyobrazić, że Emmę  już nic to nie obchodzi, bo jest gdzieś tam, gdzie jest jej lepiej. Czy patrzy na nas? Czy jest jej smutno, gdy widzi nasze cierpienie?
            Robię krok do tyłu, jakbym chciał stąd uciec. Moja matka chyba tak to właśnie odbiera, bo przytrzymuje mnie za ramię. Ignoruję ją i idę, ale nie chcę uciekać. Podchodzę do rodziców Emmy i do Sylvii.
            Cmentarz pustoszeje. Zostajemy tylko my, stojący w palącym słońcu. Rozgrzane do czerwoności powietrze drga, a na niebie ani jednej chmurki… Dlaczego świeci słońce? Dlaczego cały świat nie płacze wraz z nami?
            W powietrzu unosi się duszący zapach białych lilii, którymi zostaje obsypany cały grób, tak, że już nie widać ani skrawka świeżej ziemi, która przysypała ciało Emmy na wieki. Na końcu podchodzę ja i na samym szczycie kładę bukiet białych róż, poprzetykany gdzieniegdzie stokrotkami.
            W końcu musimy odejść i my… Na pobliskim drzewie, ukryty gdzieś w jego gałęziach ptak rozpoczyna radosną melodię. Życie toczy się dalej… Co nas czeka? Kto to wie… Przeważnie wcale nie jest tak, jakbyśmy chcieli, bo z losem chyba po prostu nie da się wygrać.
*
*
*
10 lat później…
            W ten pochmurny, parny dzień spieszę się w pewne miejsce. Parkuję tuż za znajomym samochodem i wysiadam z auta, zabierając ze sobą bukiet kwiatów. Mijam ponuro wyglądającą bramę i żwirowaną alejką zmierzam do celu. Drogę znam na pamięć, gdyż od dziesięciu lat przychodzę tu regularnie.
            Dziś, w kolejną rocznicę, pierwszy raz od tych dziesięciu lat, nie świeci słońce. Zastanawiam się, dlaczego wtedy nie mogło tak być?
            Z daleka dostrzegam sylwetki dwóch osób, które odwracają się na dźwięk skrzypiącego pod moimi butami żwiru. Tak jak myślałem, Sylvia i Tobias już tu są.
– Cześć, tato! – Chłopiec obejmuje mnie w pasie, gdy tylko do nich podchodzę.
– Cześć, przystojniaku. – Czochram jego idealnie ułożone włosy.
– Ej! – oburza się.
Spoglądam na Sylvię, która przewraca oczami.
– Co ja zrobię, gdy on będzie starszy? – mówi ze śmiechem, gdy podchodzę, by pocałować ją w policzek.
– Nic nie poradzisz. Będziesz musiała się przyglądać jego wybrykom i błędom, tak jak robili to też nasi rodzice – odpowiadam.
Kładę kwiaty na ciemnej płycie nagrobka i proponuję pomoc Tobiemu, który próbuje zapalić znicze.
– Ja sam! – Odwraca się ode mnie, więc się nie narzucam.
Staję obok Sylvii i wpatruję się w widniejące na nagrobku zdjęcie Emmy. Jak wyglądałaby teraz? Czy  bardzo by się zmieniła? Pewnie nie… Mogę sobie tylko wyobrażać, że wyglądałaby podobnie do Sylvii, ale bez tego… smutku, który, zarówno ona jak i ja, nosimy w sobie. Patrzę na to zdjęcie z tym samym uczuciem, które chyba nigdy mnie nie opuści. Emocje opadły, ból zelżał, pogodziłem się nawet z tym, że moja miłość do Emmy na zawsze pozostanie niedopełniona. Tylko to jedno uczucie zostanie… Ten żal związany z poczuciem niezrozumienia. Dlaczego?! Gdybym choć wiedział do kogo kierować wyrzuty, ale nie wiem… Do przewrotnego losu? Pewnie tak. Ale co z tego, że powiem mu, że nie tak miało być, skoro on może mi odpowiedzieć drwiąco, że się mylę? Że właśnie tak miało być!
– To dziwne… – mówi Tobi, marszcząc czoło.
Spoglądam na niego, gdy staje pomiędzy mną i Sylvią. – Miałem dwie mamy. Właściwie, to nawet trzy, bo babcia też była trochę moją mamą… Ale ty, mamo – zwraca się do Sylvii – jesteś najlepsza, wiesz? Może nie jesteś moją prawdziwą mamą, ale… mama Emma… to tylko zdjęcia. – Chłopiec spogląda na fotografię, na którą przed chwilą sam patrzyłem.
– Rozumiem cię. – Sylvia obejmuje Tobiego ramieniem. – Ale nigdy nie wolno ci o niej zapomnieć. Ona dała ci życie i to dzięki niej my jesteśmy teraz twoimi rodzicami. To ona wybrała nas na twoich rodziców chrzestnych. Tak bardzo bała się, żebyś nigdy nie został sam. – Sylvii chwieje się głos.
– Ale ty mnie nie zostawisz? – Tobi spogląda Sylvii w twarz.
Swoim wzrokiem napotykam jej spojrzenie. Czuję, że się waha, co ma odpowiedzieć.
– Nigdy nie opuszczę cię z własnej woli – odpowiada po namyśle.
– Co to znaczy? – dopytuje się Tobias, spoglądają tym razem na mnie.
– To znaczy, że chcielibyśmy być z tobą na zawsze, ale czasem dzieją się rzeczy, których nie możemy przewidzieć, które są silniejsze od nas – wyjaśniam.
– Wiem. Tak jak było z mamą Emmą – dopowiada smutno.
Na chwilę zapada między nami milczenie. Gdzieś w oddali odzywa się grzmot. Tobi chwyta mnie i Sylvię za ręce. Ma już dziesięć lat, a wciąż to robi. Z przerażeniem myślę o tym, że wkrótce zacznie dorastać, a my nie zawsze będziemy umieć mu wszystko wytłumaczyć. Zwykły uścisk dłoni czy przytulenie nie pomogą. Wkrótce przyjdzie też moment, kiedy będę mógł dać mu pamiętnik Emmy.
– Tak sobie pomyślałem, że skoro mama Emma był taka dobra, jak ty, mamo, to może… nie było na świecie wystarczająco miejsca dla was obu? – mówi Tobi. 
– Nie wiem. Może… – odpowiada Sylvia.
Spoglądam na nią kątem oka i jak zwykle nie mogę się nadziwić, jak świetnie radzi sobie w roli matki i… Zmieniła się. Nie fizycznie, ale jest taka wyciszona, nie mówi zbyt wiele. Tylko z Tobim potrafi się wygłupiać. On jest najważniejszy w jej życiu. Czy jest jeszcze ktoś? Chyba nie.
To tak jak u mnie. Jestem sam. Wcześniej tego nie odczuwałem, ale odkąd skończyłem swoją przygodę ze skokami, bo po prostu już tego nie czułem, wiele się zmieniło. Mimo to nie potrafię spojrzeć na inną kobietę i zobaczyć w niej kobietę, z którą mógłbym spędzić choćby jedną  noc, nie mówiąc o reszcie życia. No chyba, że byłaby to…
– Jesteście moimi rodzicami, więc dlaczego nie możemy mieszkać wszyscy razem? Chciałbym, żebyś, tato, był zawsze z nami. Chciałbym mieć rodzeństwo… Wiem tato, że kochałeś kiedyś mamę Emmę, ale ona na pewno nie pogniewałaby się, gdyby… – Tobi porusza kolejne trudne kwestie.
– Synku, to nie takie proste. Nie możemy, ot tak, się pokochać i zostać małżeństwem – wyjaśniam mu.
– Ale mama cię kocha – mówi chłopiec.
– A skąd ty to możesz wiedzieć, co? – pytam z uśmiechem na ustach.
– Ja dużo wiem! – odpowiada z dumą. – Zaraz będzie padało – dodaje.
– Musimy się zbierać – mówi Sylvia, starając się ukryć zmieszanie. – Rodzice czekają na nas – zwraca się do mnie. – Pojedziesz z nami, prawda? – pyta.
– Z chęcią – odpowiadam ku wielkiej uciesze Tobiego.
– A mogę jechać razem z tobą? – pyta chłopiec.
– Jasne! – Uśmiecham się do niego. Burza zbliża się coraz szybciej. – Łap! – Rzucam mu kluczyki od samochodu. – Biegnij do auta i czekaj tam na mnie.
Tobi z radością udaje się ku wyjściu z cmentarza. Zostaję z Sylvią sam na sam. Rzucamy ostatnie spojrzenie na grób i odchodzimy.
– To prawda, co powiedział Tobi. Wciąż coś do mnie czujesz – mówię, gdy idziemy ramię w ramię alejką.
Zaczyna padać deszcz. Zrywa się silny wiatr. Chciałbym objąć Sylvię, by uchronić ją przed burzą.
– Prawda – potwierdza nieśmiało.
Przygarniam ją do siebie i tak wychodzimy z cmentarza. Tak dobrze mieć kogoś u swego boku. Jeśli miałbym jeszcze kiedyś być z jakąś kobietą, to tylko z Sylvią. Wyłącznie ona mogłaby mnie zrozumieć…
– A ty? Co myślisz o tym, co powiedział Tobi? – pyta.
– Mam trzydzieści kilka lat, jestem sam… Nie chcę, żeby zawsze było tak jak teraz – mówię. Nie chcę, abyśmy do końca życia byli dla Tobiasa rodzicami na odległość.
– Ale z tym rodzeństwem bym się wstrzymała – dodaje Sylvia ze śmiechem.
– Spotkamy się na miejscu. Jedź ostrożnie – mówię do Sylvii, gdy wsiada do swojego samochodu, a ja do swojego.
Odpalam pojazd i z Tobim na tylnym siedzeniu ruszam w drogę tuż za samochodem Sylvii. Czy kiedyś obok mnie będzie siedziała właśnie ona i będziemy jechać do własnego domu? Wierzę, że to jest możliwe. Jestem gotów spróbować. A Emma zawsze będzie z nami, bo wszyscy jesteśmy z nią w jakiś sposób związani.
Zostawiamy za sobą moknący w deszczu cmentarz. Starsi o kolejny rok wracamy do tego, co tu i teraz. Chcąc nie chcąc, powoli zapominamy… Choć w głębi serca nie zapomnimy nigdy o tych, których już z nami nie ma.

KONIEC


Cmentarz
Ciszę mącą tylko ciche szepty,
stukot obcasów na brukowanych alejkach…
Wiatr strąca suche liście z drzew
i lecą, lecą…
Opadają niczym nawarstwiający się kurz.

To już kolejna jesień.
Mija kolejny rok, odkąd was nie ma.
Wszystkich…

Tyle tu kwiatów, świateł
zebranych w jednym miejscu.
Tyle dowodów, że byliście:
nazwiska, daty i zimny marmur…

Kluczę wąskimi uliczkami,
zastanawiając się, gdzie mnie zameldują
w tym ogromnym mieście pamięci i zapomnienia.

***
Witam Was tutaj po raz ostatni.
Powyższym epilogiem żegnamy się z tą historią, która przeżywała wzloty i upadki, ale uporałam się z nią w dość krótkim czasie. Nie jestem z niej do końca zadowolona, a może byłoby inaczej, gdyby nie to, że każdy rozdział pisałam na bieżąco (jak mam w zwyczaju).
Tym bardziej dziękuję Wam, że byliście ze mną i potrafiliście wzruszać się historią bohaterów. Swoimi komentarzami zwracaliście moją uwagę na pewne sprawy, podnosiliście mnie na duchu i dodawaliście zapału do dalszej pracy. Chyba nie muszę wymieniać, kogo mam na myśli.
Dziękuję też tym, którzy tylko czytali i dotrwali do końca J
Dla Was starałam się włożyć całe serce w swoją pracę i dawałam też cząstkę siebie. Pisząc kolejne rozdziały, stawałam się na chwilę danym bohaterem i wczuwałam się, jak mogłam, w jego sytuację. O tym mogę Was bez wahania zapewnić.
Tą historią nie żegnam się jednak z Wami. Mam nadzieję, że ze mną zostaniecie, bo planuję coś nowego. Wszystko dopiero zaczyna układać się w mojej głowie, ale możecie już obczajać bohaterów i oczekiwać na początek. Serdecznie zapraszam na Uciekając przed samotnością.
Kocham Was,

Wasza Lilka

sobota, 9 kwietnia 2016

Rozdział 11.



Stephan
            Otwieram oczy po bolesnym wzdrygnięciu się. Musiałem zapaść w płytki sen, który nie przyniósł mi ulgi. Czuję się jeszcze bardziej wyczerpany, niż jakbym wylazł z pralki, w której wirowałem przez kilka godzin. Podobnie mógłbym się czuć po przebiegnięciu maratonu, a nie po drzemce, lecz wiem na pewno, że spałem. Pokazuje mi to zegar wiszący na drugim końcu korytarza – jego wskazówki posunęły się zdecydowanie do przodu.
                Rodzice Emmy siedzą nadal nieruchomo, obejmując się. Może też ulegli zmęczeniu? Głupia fizjologia! Kto chciałby w takim momencie, gdy waży się ludzkie życie spać, jeść… Myśleć o tym w ogóle? Tylko nasze ułomne, niedoskonałe ciała!
            Boże! Ile to może jeszcze trwać?! Zaraz tutaj nie wytrzymam i szlag mnie trafi od tej przeklętej niewiedzy. Chciałbym coś robić, co mogłoby przynieść jakieś dobre skutki, co pomogłoby Emmie. Tylko nie wiem co… Może… powinienem się modlić? Paść na kolana i błagać Boga, by nie zabierał jej tak wcześnie? Za wcześnie… A może raczej powinienem zaprzedać duszę diabłu w zamian za jej życie?
            Mam wrażenie, że czas stanął w miejscu, że tkwimy na tym korytarzu, niczym więźniowie koszmarnej czasoprzestrzeni, bez nadziei, że kiedykolwiek się stąd wydostaniemy. Lecz to tylko ułuda, bo czas płynie. Boleśnie odczuwam każdą odmierzaną przez zegar sekundę. Mój puls bije w rytm zegarowego tik-tak. Och! To jest nie do zniesienia!
            Obejmuję głowę dłońmi, ale jakby tym bardziej skupiam się na moim wnętrzu. Nie chcę myśleć o sobie! Ale momencik… Coś słyszę. Ktoś się zbliża…
            Prostuję się i spoglądam na zmierzającą w naszym kierunku postać lekarza.
– To nieprawda! – krzyczę w myślach. – Nieprawda!
            Jego postawa wskazuje na jedno… Ja już wiem… Nie mogę tym bardziej zrozumieć rodziców Emmy, którzy spoglądają na lekarza wyczekująco, z nadzieją. Kręcę przecząco głową. Nie bądźcie głupi! Nie usłyszycie tego, na co tak bardzo czekacie.
            Najchętniej bym sobie stąd poszedł, ale nie mogę. Muszę usłyszeć to, co jest oczywiste, lecz przed czym wciąż próbuję się bronić.
– Niestety… – Doktor kręci głową ze zrezygnowaniem. Jest równie zdruzgotany, jak my wszyscy, ale co mnie to właściwie obchodzi?! – Do końca wierzyliśmy, że się uda, jednak… Wystąpiło krwawienie, którego nie byliśmy w stanie zatamować. Guz był tak usytuowany… Naprawdę, walczyliśmy do końca…
Patrzę na lekarza, na rodziców Emmy, jakbym był świadkiem sceny, która zupełnie mnie nie dotyczy.
– Czy pan właśnie powiedział, że… – matka dziewczyny robi się jeszcze bledsza na twarzy. Ledwo trzyma się na nogach.
– Państwa córka nie żyje – potwierdza doktor.
Myślałem, że pani Schwarz po prostu zemdleje, lecz ona wydaje z siebie dziki, zwierzęcy dźwięk,. Ni to ryk, ni to wycie. To jest tak przerażające, że ciarki przechodzą mi po plecach.
Słowa lekarza dudnią w mojej głowie niczym powracające i wzmacniające się echo. Moje serce w jednym momencie rozpada się na małe kawałeczki, dusza zostaje rozdarta i w ogóle cały mój świat się wali, więc i mnie już nie ma…
Powoli oddalam się z tego okropnego miejsca, niezdarnie stawiając stopy, ale idę krok za krokiem. Coraz szybciej, coraz pewniej. Zaczynam biec, by jak najprędzej wydostać się ze szpitala. Gdy wreszcie znajduję się na zewnątrz, wypełniam płuca kolejnymi haustami chłodnego powietrza.
Świta. Kolejny dzień zaczyna budzić się do życia. Dzień jak co dzień, ale nie dla mnie… Już żaden dzień nie będzie taki sam. Żaden nie będzie taki, jak jakikolwiek dzień spędzony z Emmą, bo jej już nie ma. Nie żyje…
Co to właściwie oznacza? Jaki mały ze mnie człowieczek, że nie potrafię sobie tego wyobrazić. Jak to może być, że już nigdy nie powiem jej „dobranoc” przed snem, choćby nawet przez telefon? Jak to możliwe, że nigdy nie zadzwoni do mnie i nie usłyszę jej śmiechu? Czy już nigdy nie poczuję tego dreszczu, który czułem zawsze, gdy przyciągałem ją do siebie, by ją pocałować? Czy naprawdę już nigdy nie wtuli się we mnie całym ciałem, jakby chciała schować się przed całym złem? I czy nie zobaczę jak trzyma w ramionach Tobiasa i patrzy na niego, jakby był całym jej światem… Tobi… On nigdy nie pozna matki.
Boże! Dlaczego ja wciąż potrzebuję oddychać? Każdy wdech dostarcza mojemu organizmowi powietrza, tak niezbędnego do życia… Dlaczego nie mogę przestać oddychać? Oddychać to żyć, ale ja już nie chcę żyć! Nie mam powodu, by tego chcieć. Więc po jaką cholerę moje serce wciąż bije, skoro nie ma dla kogo?
Muszę uciec stąd i schować się przed światem, jak zraniony pies. Krążę po parkingu, bo nie pamiętam, gdzie zostawiłem samochód. Potykam się i upadam całym ciężarem na twardą kostkę i ocieram sobie dłonie do krwi. Czy boli? Nie, to nic w porównaniu z bólem, który przeszywa raz po raz moją pierś.
– Wszystko w porządku?! – woła ktoś, kto pewnie zauważył mój upadek.
Podnoszę rękę na znak, że dam sobie radę. Nie potrzebuję niczyjej pomocy, więc niech wszyscy zostawią mnie w spokoju. Chcę być sam!
Na szczęście znajduję samochód i mogę stąd odjechać. Szkoda, że nie ma nikogo, do kogo mógłbym się udać i nie ma miejsca, które mogłoby posłużyć za moją kryjówkę. Jedyną osobą, która potrafiłaby mi pomóc samą swoją obecnością jest Emma, ale… jej nie ma. I to z tego powodu cierpię!
Nienawidzę jej! Jak mogła mnie tak po prostu zostawić?! I to nie tylko mnie… Czy wobec tego w ogóle mnie kochała, choć powtarzała to nawet leżąc w szpitalnym łóżku, ledwo przytomna? Ja, głupi, do końca miałem nadzieję, że może… może jest jakaś szansa…
Jestem wściekły na siebie! Jak mogłem cały czas myśleć i w ogóle w to wierzyć, że się uda? Że dostaniemy od losu szansę? Z tej złości mam ochotę kopać, walić pięściami w kogoś, kogo mógłbym obarczyć winą za to, co się stało. Czy jest taki ktoś?
Wciskam gaz i wyciskam z mojego samochodu ile się da, rozpędzając go do niebezpiecznej prędkości. Nie boję się, bo niby czego? Śmierci? Haha…
– Kocham cię, Stevi… – Rozbrzmiewa w mojej głos głos Emmy jakim mi zwykle szeptała te słowa wprost do ucha.
– Nie! – krzyczę. – Boże, co się ze mną dzieje?! Powiedz coś, jeśli gdzieś tam jesteś! Po co dawałeś mi tą złudną nadzieję, gdy obudziła się w szpitalu?! Dlaczego pozwoliłeś mi uwierzyć, że z tego wyjdzie? I jeszcze kazałeś mi patrzeć, jak żegnała się z synem. Jesteś okrutny! – gadam do siebie. – No powiedz coś, szepnij mi do ucha… Daj znak, że jesteś, że… Pomóż mi! – Łzy zaczynają zalewać mi twarz. Po co ja mówię to wszystko? – Nie dam rady sam! – krzyczę, ale nikt nie opowiada… Jestem sam.
Wtem, tuż przed maską samochodu, zauważam zarys kobiecej postaci. Gwałtownie wciskam hamulec i zatrzymuję auto z piskiem opon. To ona! To jest Emma, taka promienna, uśmiechnięta…
Lekko zarzuciło samochodem, ale zatrzymałem się na czas, jednak nikogo nie widzę. Przecieram oczy, lecz to na nic. Nikogo tam nie ma. Ruszam dalej, ale nie mogę uspokoić szalonego bicia serca i pozbyć się tego strachu, który sparaliżował na chwilę całe moje ciało.
– To ja zabiłem Emmę – wypowiadam bezgłośnie.
Jak mogę jej nienawidzić? Jak mogłem przed chwilą myśleć o niej takie straszne rzeczy, skoro to ja jestem winien? Przecież gdybym był wcześniej do niej zadzwonił i dowiedział się, gdzie jest to… To co? Co bym zrobił? Powinienem był jechać po nią do miasta, a nie czekać aż przyjedzie autobusem. Powinienem wcześniej dowiedzieć się, że ma wizytę w szpitalu. Gdybym był tam z nią…
Cholera! Nie mam pewności, że to by coś zmieniło… Czy byłbym w stanie ją uratować, gdyby  to wszystko działo się na moich oczach? Może po prostu tak musiało być… Nie było nam pisane od początku. Nie mogliśmy być razem i już.
Docieram do domu. Mama wybiega i przytula mnie, tylko że ty razem to nie pomaga. Nie czuję nic…
– Stevi. – Patrzy mi w oczy i obejmuje dłońmi moją twarz.
– Mamo, zostaw mnie – mówię bez złości, bez jakichkolwiek emocji. Chyba jeszcze bardziej ją tym przerażam, niż moim pustym spojrzeniem. – Chcę być sam – dodaję.
Powolnym gestem odsuwam rodzicielkę od siebie. Idę do domu, gdzie słyszę płacz dziecka, więc jak najszybciej uciekam do swojego pokoju, by nie musieć słuchać tego dźwięku. Zapomniałem, że Tobi jest u nas. Nie chcę go teraz widzieć, bo znów wszystko by wróciło. Chcę zasnąć i wreszcie przestać myśleć.
Łykam sporą dawkę proszków nasennych, zaciągam ciemne zasłony i kładę się do łóżka. Środki działają, bo wkrótce odpływam do pięknej krainy, gdzie czeka na mnie Emma i wita mnie szerokim uśmiechem.
Podchodzę do niej i mocno przytulam, by poczuć jej ciało tuż przy swoim.
– Pocałuj mnie – mówi uwodzicielskim głosem.
Ochoczo spełniam jej prośbę, bo całować ją to czysta przyjemność. Nie wiem, w którym momencie lądujmy wśród wysokiej trawy na łące, gdzie się właśnie znajdujemy. Jak się tu znaleźliśmy? Kto by się zastanawiał, gdy tuż obok leży piękna kobieta?
– Stevi… – Emma błądzi palcami po mojej głowie, po twarzy.
– Emm… – szepczę pomiędzy pocałunkami, którymi obsypuję jej usta, policzki, szyję, dekolt, ramiona.
Drżącymi palcami badam każdy skrawek ciepłego ciała dziewczyny. Powoli pozbywam się jej niepotrzebnych ubrań a widok nagiego ciała po prostu mnie paraliżuje. W blasku palącego słońca widzę każdą, nawet najmniejszą niedoskonałość i myślę, że to nie ma żadnego znaczenia. Może nie jest idealna, ale cała moja.
Emma napiera na mnie gwałtownie, wszystko dzieje się tak szybko, jakbyśmy nie mieli już czasu… Staczamy walkę, tarzając się w jaskrawozielonej trawie, a słońce dodatkowo nas rozpala. Jest mi tak gorąco…
– Wiesz, wydawało mi się, że cię straciłem, ale to nieprawda – mówię, gdy po wszystkim leżymy obok siebie, patrząc w niebo.
– Stevi, nie wydawało ci się. Mnie już nie ma…
– Ale jak to?! Przecież jesteś! Przed chwilą dotykałem cię – protestuję.
Emma kręci przecząco głową i uśmiecha się smutno.
Nagle ziemia pod nią się rozwiera i dziewczyna wpada w ciemną otchłań. Krzycząc jej imię, skaczę za nią i tak razem spadamy. Niestety, gdy już się z nią zrównuję, ona przestaje spadać i jakby na powrót unosi się do góry, kiedy ja spadam nadal. Odległość między nami się zwiększa, aż zupełnie tracę ją z oczu…
Budzę się w skotłowanej pościeli, cały zlany potem. Czuję ból w ciele, jakbym przed chwilą spadł z ogromnej wysokości. Jest mi bardzo duszno, więc wstaję, by otworzyć okno. Przy okazji odsuwam zasłony.
Jest noc. Musiałem więc spać cały dzień i dłużej. Siadam na łóżku i wpatruję się w ciemne okno. Nie czuję bólu w środku, nie czuję już nienawiści ani żalu, nie czuję nic.
Płaczę bezgłośnie. Łzy spływają i zalewają moją twarz dotąd, aż nie mam czym płakać. Za oknem łyskawica w oddali przecina niebo. Oczekuję na odgłos grzmotu, ale ten nie dociera do mich uszu. Burza omija nas.
Nie wiem jak długo tak siedzę, ale w końcu zaczyna robić się coraz jaśniej i powoli wstaje nowy dzień. Nie mogę dalej tak siedzieć, muszę coś robić! Miałem być silny! I będę. Obiecałem.
Biorę lodowaty prysznic i wraz z rodzicami jadę do państwa Schwarz. Wspólnie damy radę stawić czoła rzeczywistości, która tak brutalnie dała nam o sobie znać. Musimy przygotować dla Emmy wspaniały… pogrzeb.

Sylvia
       Gdy wcześnie rano budzi mnie dzwonek telefonu, ale nie brzmi jak mój budzik, czuję się nieco zdezorientowana. Jednak kiedy po odebraniu słyszę zapłakany głos ojca, natychmiast całkowicie się wybudzam. Płaczący ojciec? Musiało się stać coś strasznego.
            Moje przypuszczenia potwierdzają jego bełkotliwe słowa. Proszę go o powtórzenie, choć świetnie zrozumiałam za pierwszym razem.
            Emma nie żyje…
            Wypadek.
            Operacja.
            Guz.
            Kolejna operacja.
             Nie udało się…
            Opadam bezwładnie na łóżko i czuję taką ogromną pustkę, jakbym straciła cząstkę siebie samej. Zawsze byłyśmy dwie – siostry bliźniaczki. Identyczne, choć bardzo różne. Teraz zostałam sama… Jak mogłam nie poczuć nic, kiedy odchodziła? Gdzie podziała się ta dziwna więź, która powinna łączyć takich jak my?
            Kolejne, co przychodzi mi do głowy, to to, że tak bardzo się myliłam myśląc, jak wiele czasu będę miała jeszcze na powrót do domu i na spędzenie wiele chwil z rodziną. Bez Emmy to nie będzie już ta sama rodzina. Nigdy.
            Jest też coś, co mnie zdenerwowało. Dlaczego, do cholery, nic nie wiedziałam o tym, że Emma miała guza? Ze słów ojca wynikało bowiem, że wszyscy wiedzieli o tym od jakiegoś czasu. Wszyscy, tylko nie ja! Kim ja jestem, że zostałam wykluczona? Naprawdę czuję się rozżalona z powodu odsunięcia od pewnych spraw. Dobrze, że poinformowali mnie chociaż o jej śmierci.
            Podnoszę się z łóżka, toczę błędnym wzrokiem po ścianach, po meblach… Co ja tu jeszcze robię?! Czy nie powinnam właśnie się pakować i organizować powrót do domu? Tak bardzo żałuję, że tak przeciągałam mój pobyt tutaj, bo spóźniłam się…
            Na co właściwie? Może lepiej się stało? Przynajmniej nie zdążyłyśmy się pokłócić, a tak, moim ostatnim wspomnieniem będzie nasza całkiem przyjemna rozmowa telefoniczna.
            Gdy w końcu się ogarniam, zajmuję się wszelkimi sprawami związanymi z moim wyjazdem. Nie mam czasu myśleć o tym, dlaczego robię to wszystko. Dopiero czekając na autobus, poszukuję informacji w Internecie na temat wypadku. Może uda mi się coś znaleźć, bo jak na razie – nie wiem zbyt wiele.
O! Jest coś na temat tragicznego wypadku rowerowego na lokalnej stronie internetowej. Przebiegam wzrokiem po tekście i jestem przerażona wiadomością i relacjami świadków, z których wynika, że rozpędzony rowerzysta siał postrach wśród przechodniów na ulicy, gdzie miał miejsce wypadek. Zręcznie omijał pieszych, popisując się swoimi umiejętnościami, choć jednak właściwie to ludzie musieli omijać jego, umykając z przestrachem na boki. Jedna z poszkodowanych osób nie zauważyła szaleńca, gdyż stała odwrócona plecami, a i on musiał jej nie dostrzec, skoro z całym impetem uderzył w jej bok z taką siłą, że polecieli razem kilka metrów, potrącając jeszcze kogoś i wpadając prosto w znajdujący się nieopodal hydrant. Rowerzysta uderzył w niego głową i, jak okazało się po przyjeździe pogotowia ratunkowego, zginął na miejscu. Młoda dziewczyna, z licznymi obrażeniami, trafiła do szpitala, a pozostali, którzy nieszczęśliwie również znaleźli się na drodze szaleńca, nie ponieśli żadnych szkód i po ustąpieniu szoku, mogli się udać do domów. Świadkowie byli wstrząśnięci i wypowiadali się, że jeszcze nigdy czegoś takiego nie widzieli.
Ja też jestem wstrząśnięta tymi rewelacjami. Jak dobrze było tego wszystkiego nie wiedzieć. Nie mogę sobie wyobrazić, co przeżywali rodzice i… Stephan, gdy się dowiedzieli i potem, kiedy oczekiwali na wyrok.
Pod artykułem znajduję jeszcze aktualizację, w której zostaje podana informacja, że dziś nad ranem, w trakcie kolejnej operacji, zmarła ofiara wypadku, młoda dziewczyna. Trochę nie zgadza się to z tym, co mówił ojciec. Przecież Emmę zabił guz!
Podjeżdża mój autobus, więc ładuję moje walizki do bagażnika i wchodzę do wnętrza pojazdu. Czeka mnie długa podróż, a tym samym będę miała dużo czasu na myślenie.
*
Jest już następny dzień, kiedy taksówka przywozi mnie przed rodzinny dom, który na zewnątrz wygląda normalnie, ale to już nie jest ten sam dom. Krok za krokiem, taszcząc walizki, zmierzam do wejścia. Nikt nie wychodzi mi naprzeciw.
Po wejściu do środka, od razu dociera do mnie rozdzierający płacz dziecka, który dochodzi z kuchni. Tam też więc się kieruję. Stając na progu, zauważam państwa Leyhe, Stephana chodzącego po pomieszczeniu i próbującego uspokoić Tobiasa, a w kącie dostrzegam rodziców. Ojciec łagodnie tłumaczy coś matce, ale ona chyba nie chce słuchać i odpycha go od siebie.
Stoję z opuszczonymi ramionami i przyglądam się wszystkiemu, jakby mnie to nie dotyczyło, jakbym oglądała to za szybą. Pierwsza zauważa mnie matka Stephana. Podchodzi do mnie i najnormalniej w świecie mnie obejmuje. Jak wiele musiało się zmienić podczas mojej nieobecności… Nie wiem czy się tutaj odnajdę.
Ponad ramieniem pani Leyhe dostrzegam rodziców, którzy patrzą na mnie beznadziejnym wzrokiem. Muszę do nich podejść i to robię. Obejmuję ich oboje i czuję się, jakbym była małą dziewczynką, sadowiącą się na kolanach taty, gdy Emma wyciągała ręce do mamy… Ukrywam twarz we włosach rodzicielki i wreszcie uwalniam łzy spod powiek. Obejmując się, rozumiemy się bez słów. Obie musimy odczuwać bardzo podobną pustkę, której już nigdy nikt nie wypełni…
– Ma-ma! – Rozlega się głośny wrzask Tobiego. – Mama! – krzyczy.
Wszyscy odwracają się w jego kierunku. Nastaje taka wielka, przeraźliwa cisza. Usta Stephana niebezpiecznie drgają. Nie za bardzo rozumiem, co się stało…
Stephan oddaje dziecko swojej matce i wybiega z domu. Toczę wzrokiem po twarzach wszystkich, ale nadal nic nie rozumiem. Wychodzę więc za Stephanem. Zastaję go siedzącego tuż przed domem na ławce. Płacze bezgłośnie – widzę, jak drżą mu plecy.
Siadam na drugim końcu ławki, choć mam ogromną chęć przytulić go od siebie. Nie potrafię jednak się na to zdobyć. Mam wrażenie, że dzieli nas ogromna przepaść.
– Pierwszy raz to powiedział – mówi drżącym głosem. – Nie miała okazji tego usłyszeć…
Teraz rozumiem już wszystko. Ukrywam twarz w dłoniach i płaczę. Nigdy tak nie płakałam. Nie mogę złapać oddechu, dławię się, nie widzę nic, czuję tylko, że ktoś mnie obejmuje.
– Stevi – mówię, ale żaden dźwięk nie wydobywa się z moich ust.
– Już dobrze, uspokój się – szepcze, jakbym była Tobim, małym dzieckiem.
– Nie jest dobrze. – Patrzę na niego załzawionym wzrokiem. – I nie będzie.
– Nawet jeśli to prawda, musimy dalej żyć.
– Nie wierzę, że to mówisz. Jak mogłeś tak łatwo pogodzić się z jej śmiercią? – Odpycham go od siebie. – Ty jej nie kochałeś!
– Jeszcze wczoraj nie mógłbym mówić takich rzeczy, ale coś obiecałem Emmie. Rozmawialiśmy czasem o… Ale nie tego się spodziewaliśmy…
Czyli przygotowywali się na to, że Emma może umrzeć?
– Ten guz. Jak długo wiedzieliście? – pytam.
– Od kiedy ona wiedziała, czy kiedy ja się dowiedziałem? – pyta trochę ironicznie.
– Eee… – Patrzę na niego ze współczuciem. – Ona podobno dowiedziała się po urodzeniu dziecka. Natomiast ja… zdecydowanie za późno. Już wtedy mogłem ją stracić…
Nie pytam już o nic, bo widzę, jak ciężko mu o tym mówić.
– Sylvia, obiecałem jej, że będziemy dla Tobiego najlepszymi rodzicami.
– My?! – prawie krzyczę.
– Mówiła o tym w szpitalu tuż przed…
– Jak ty to sobie wyobrażasz?! – buntuję się.
– Na razie twoi rodzice na pewno będą chcieli wziąć go pod swoją opiekę, ale to nie znaczy, że nie możemy im w tym pomóc. Jesteśmy jego rodzicami chrzestnymi. – Spogląda na mnie z nadzieją, że się zgodzę. Mnie jednak co innego przychodzi do głowy.
– Z nas dwóch to zawsze Emma była lepsza. We wszystkim. Dziwne, że to powiem, ale była też lepszym człowiekiem. Ja nigdy nie zdobyłabym się na urodzenie dziecka… Jeśli naprawdę musiała umrzeć któraś z nas… mogłam to być ja - mówię głośno to, co myślę.
– Jak możesz tak mówić?! Żadna z was nie powinna odchodzić. Całe życie przed… – Stephan urywa.
– Tak, teraz już tylko przede mną. Tylko co to za życie? Jestem nikim, zawsze byłam. Zazdrościłam Emmie wszystkiego, włącznie z tobą. – Wbijam palec wskazujący w jego pierś.
Brutalnie ściska moją rękę i potrząsa mną. 
– I  co z tego? – syczy. – Nie pomyślałaś o tym, że ciebie też kochałem? Mówiąc to, robisz ze mnie ofiarę, a ja nią nie byłem! Chciałem być z tobą! – krzyczy. – Skończmy to. Nie chcę tego słuchać.
– Widzisz? Potrafię tylko krzywdzić ludzi. Nie lepiej, gdybym to ja… Nie osierociłabym dziecka, żaden ukochany by po mnie nie rozpaczał…
Mocniej zaciska dłonie na moich ramionach. Widzę w jego oczach, że najchętniej by mi przywalił.
– Ja bym rozpaczał, Emma, twoi rodzice… Czy to mało? Obiecałem być silny, obiecałem być ojcem Tobiego i zrobię to, a ty… – Zbliża się do mnie, łapie moją twarz w swoje silne dłonie. Nasze czoła prawie się stykają. – Ty mi w tym pomożesz.
– Dobrze – przytakuję.
Obejmuję go z całych sił. Znów jesteśmy przyjaciółmi z dzieciństwa, choć dorośli z nas ludzie, pokrzywdzeni, rozżaleni i rozczarowani światem.

***
Ostatni rozdział…
Wiem, wiem, że do końca mieliście nadzieję, że wszystko skończy się dobrze, a w każdym razie – inaczej. Czytałam Wasze prośby, bym sobie przemyślała to, co chcę napisać i tym bardziej bolało, że nie mogłam już zmienić decyzji. To znaczy mogłam, ale… po co? Możecie uznać to za głupi, ośli upór i możecie mi to wprost napisać.
Nie mogłam zmienić zakończenia, bo czy możemy zmienić swoje życie? Czy w ogóle mamy wpływ na to, co się dzieje, co nas spotyka?
W każdym momencie może dotknąć nas to samo, co bohaterów – w jednej chwili myślimy, że wszystko jest do bani, by w końcu zaznać szczęścia, miłości, a gdy się śmiejemy, równie dobrze za chwilę możemy płakać. Albo może nie być już NAS…
Tak niewiele potrzeba, by…
Niektórzy z Was nie potrafili sobie wyobrazić, że rowerzysta może spowodować taki wypadek. Zdecydowanie może!
Rowerzysta jest w stanie rozwinąć prędkość przybliżoną do pędzącego samochodu, a gdy uderzy w ludzkie ciało, które jest tylko ludzkim ciałem – słabym i kruchym… A gdy to ciało uderzy w twardy beton… Czasem naprawdę tak niewiele potrzeba. Wystarczy pchnąć kogoś niechcący, kto upadnie tyłem głowy na ostry kant, coś ostrego, twardego, wystarczy uderzyć kogoś w skroń…
A czy śmierć Emmy była bezsensowna? Mogła taka być, choć nie musiała. Zależy jak na to spojrzeć, ale zastanówcie się, ile takich bezsensownych śmierci zdarza się ciągle na świecie? Chwila nieuwagi, brawura, odrobina alkoholu… Przekonałam się o tym dość boleśnie. Niektórzy dostają drugą szansę, ale nie każdy.
Emma pewnie wyszłaby z tego, nawet gdyby miała być kaleką, ale guz okazał się być bombą z opóźnionym zapłonem. Wszyscy tak bardzo bali się właśnie tego guza, że nie spodziewali się ciosu z innej strony.
Ojej! Zaraz moje przemyślenia będą dłuższe niż sam rozdział! Właściwie to są wyjaśnienia, które nasunęły mi się podczas czytania Waszych komentarzy. Ja widzę to tak, ale Wy nie musicie się ze mną zgadzać. Różni nas wiele: wiek, środowisko, w którym dorastaliśmy, doświadczenia…
Dziękuję za szczerość i nadal na nią liczę :)
Kocham Was!
Pewnie za dwa tygodnie epilog!